Jesteście na wakacjach. Jest (za) głośno, dzieci są zmęczone, Ty czujesz, że Twój „puchnący” układ nerwowy zaraz eksploduje.
Zakładam, że w tym momencie niekoniecznie zbawienny okaże się bukiet kwiatów czy komplement. Być może nawet przytulenie – które na co dzień tak bardzo cenisz – teraz będzie tylko kolejnym bodźcem, którego nie jesteś w stanie przyjąć.
Plany na romantyczny wieczór? W tym stanie brzmią raczej jak kolejna pozycja na liście „do odhaczenia”, a nie ratunek. A pomysł na wspólne zagranie w grę planszową przyprawia o atak paniki.
I mimo że koncepcja 5 języków miłości Gary’ego Chapmana jest wspaniałą bazą, to w obliczu przebodźcowania i przyspieszonej rzeczywistości par XXI wieku bywa po prostu niewystarczająca.
Czego więc potrzebuje Twój system, gdy mruga czerwona lampka?
Potrzebuje języków miłości, które nie dodają bodźców, ale je odejmują.
Gdy widzisz u partnera/ki, że pasek energii jest bliski zeru, przejmujesz ster. Nie czekasz na prośbę (bo w stanie wyczerpania samo sformułowanie prośby bywa wysiłkiem ponad siły), ale aktywnie wspierasz możliwość doładowania baterii.
To miłość, która mówi: „Widzę Twoje przeciążenie i biorę to na siebie”.
W psychologii nazywamy to koregulacją – procesem, w którym jeden układ nerwowy pomaga odzyskać równowagę drugiemu.
To język miłości, który uwzględnia zasoby w parze. Dobrze, jeśli mamy w nim wzajemność i uważność na to, że raz ja jestem tym, który potrzebuje pauzy, a raz tym, który daje oparcie.
Ważna uwaga: Czasem w parach jest tak, że częściej jedno z partnerów jest w roli tego, który potrzebuje wsparcia (z bardzo różnych względów – czy to specyfiki układu nerwowego, czy też charakteru obowiązków). I to też jest w porządku, jeśli nie wyłącza to uważności na drugą osobę i nie sprowadza jej wyłącznie do roli „aktywnego regulatora”.
W praktyce:
W stresie lub przebodźcowaniu każda kolejna decyzja – nawet tak błaha jak wybór obiadu – może być kroplą, która przelewa czarę (tzw. decision fatigue).
Językiem miłości jest tu zdjęcie z drugiej osoby ciężaru wybierania. To komunikat: „Twoja głowa jest pełna, więc ja dziś trzymam mapę”.
W praktyce:
Zamiast pytać:
mówisz:
Zamiast:
proponujesz:
To miłość, która mówi: „Cieszę się Twoim wzrostem i robię Ci na niego miejsce”.
To kibicowanie Twoim pasjom i potrzebom, nawet jeśli ich nie podzielam. Ten język objawia się w wierze w kompetencje partnera, gdy jemu samemu chwilowo tej wiary brakuje.
Jak to brzmi w relacji?
Wszystkie te języki są w gruncie rzeczy o jednym: o byciu po swojej stronie.
O mówieniu czynami:
To miłość, która nie tylko daje, ale też pozwala oddychać.
Wysyła najważniejszy sygnał: Twoje zmęczenie i Twój rozwój są dla mnie istotne. Widzę Cię.
Zanim więc następnym razem pomyślisz, że „on/ona przestał się starać, bo nie kupuje kwiatów”, sprawdź, czy w tym czasie nie przejął/przejęła trudnej logistyki albo nie dała Ci godziny świętego spokoju, gdy najbardziej tego potrzebowałaś/eś.
Może mówi do Ciebie językiem miłości, jakiego potrzebuje dzisiejszy przebodźcowany świat.
To takie „kocham” — nie przez kwiaty, ale przez chronienie Twoich sił wtedy, gdy najbardziej ich potrzebujesz.
Jeśli w najbliższym czasie nadejdzie dzień, w którym poczujesz, że masz na to zasoby — wypróbuj jeden z opisanych języków miłości. Nie pytaj partnera/ki:
Jeśli czytając to, macie wrażenie, że w Waszym związku jest dużo miłości, ale mało przestrzeni na oddech — zapraszam na konsultacje systemowe dla par.
W gabinecie wspólnie przyglądamy się temu, jak dbacie o swoje zasoby i jak możecie robić to tak, by relacja Was wzmacniała, a nie dodatkowo przeciążała.